Gdzie uciekła moja “kobiecość”?

Pewnego pochmurnego dnia, gdzie krople deszczu odbijały się pustym echem o okna. Gdzie Misiak w końcu zmęczony po harcach na edukacyjnej macie – zasnął. Usiadłam zmęczona na kanapę. Na nic już siły nie miałam. Dosłownie. Nawet na zaparzenie kawy, której nie udało mi się jeszcze tego dnia wypić. I w tym momencie, w odbiciu telewizora widziałam obcą mi osobę. Siedziała w rozciągniętej bluzce, która naznaczona była plamami marchewkowymi i w spodniach mokrych od potomka śliny. Włosy w nieładzie, ułożone w szybkiego kitka, który ledwo trzymał się u nasady głowy. Oczy zmęczone, takie jakieś czerwone… nie wyspane. Siedziała, nie mając siły zabrać się za swoje plany. Za obiad. Za sprzątanie. Za pisanie. Za odpisywanie na e-mail’e.

A muszę się przyznać, że w tym dniu doznałam pierwszego poważnego kryzysu. Był to dzień, gdzie pierwszy raz pomyślałam:

“Po co mi to było?”

Był to dzień, gdzie nie byłam kobietą – tylko osobą stworzoną do wycierania buzi Misiaka, do przewijania brudnych pieluch, do sprzątania, do pilnowania aby nie było ulewania itp. W ten dzień nie byłam atrakcyjną kobietą.

I aż się przeraziłam.

Przeraziłam się, że nie zauważyłam kiedy to się stało. Kiedy przyszedł ten moment, że zamiast sukienki mam niedoprane “domowe” ubranie. Kiedy ułożone, świeże włosy zamieniły się w kołtun, który tłumaczę kucykiem bądź kokiem. Kiedy moim śniadaniem jest kawa, a uprawianym sportem jedynie gimnastyka jaka jest obecna przy zajmowaniu się dzieckiem. Kiedy chwilą dla siebie, to jest bezmyślne siedzenie na kanapie kiedy syn oddaje się w ręce Morfeusza. Tym bardziej byłam zdziwiona gdy deklarowałam się, że nie stanę się “taką kobietą”. I taka niespodzianka.

I nie obwiniam siebie za to co się stało. Za to, że zaprzestałam tak zwanego dbania się o siebie. Bo to nie było umyślne, z premedytacją. Po prostu stało się. Rutyna, za rutyną goniła. Przecież z nikim się nie widywałam, nikt mnie nie odwiedzał a jak już, to prędzej miałam wizyty zapisane w kalendarzu aby odpowiednio wcześnie na nie się przygotować… a tak? Każdy dzień był tym samym dniem. Jedyną zmianą było przesunięcie kwadracika na kalendarzu. Gdyby nie ten dzień, nie było by zmiany. Nie przypomniałabym sobie jak to fajnie jest zrobić sobie selfie. Chociażby dla samej siebie, bądź dla ukochanego – co by wysłać mu MMS aby mógł lepiej dzień rozpocząć.

To, że wyszłam za mąż. To, że urodziłam dziecko nie przyzwala aby zaprzestać dbania o siebie. Aby zaprzestać robienia tego co się kocha i sprawia przyjemność. Fakt, faktem nigdy nie nosiłam na co dzień makijażu ale jak wiem, że wychodzę z domu – nawet do lekarza z Misiakiem, czy w odwiedziny do rodziców to wiem, że jest to idealny moment abym mogła w końcu zmienić wygodne ubrania na te, które nie tak dawno leżały na dnie szafy. Idealny moment aby nauczyć się ponownie chodzenia na szpilkach. Moment aby założyć sukienkę, bądź inny – kobiecy strój, który da mi gwarancję poczucia się w nim wyjątkowo.

Mogę być mamą – ale zadbaną i atrakcyjną. Już nigdy nie chciałabym zobaczyć tej osoby, co tak w ten pamiętny dzień siedziała na kanapie. Chcę powrócić do dawnej siebie – tej co skradła serce mężczyźnie. Tej co dała nowe życie. Tej co miała pasje…! Pasję na realizowanie samej siebie. Nie będę zapominać o sobie.

You may also like